„Najtrudniej walczy się nie z tym, co pamiętamy. Najtrudniej walczy się z tym, czego nauczyliśmy się nieświadomie.”
Kilka lat temu byłam przekonana, że kiedy będę miała własne dzieci, wiele rzeczy zrobię inaczej niż moi rodzice.
Nie dlatego, że byli złymi ludźmi. Wręcz przeciwnie. Kochali mnie najlepiej, jak potrafili. Ale jak każdy rodzic popełniali błędy, a ja jako dziecko wiele sytuacji przeżywałam bardzo mocno. Pamiętam momenty, po których obiecywałam sobie, że nigdy nie będę tak mówić do swoich dzieci. Nigdy nie będę reagować w taki sposób. Nigdy nie sprawię, żeby czuły się tak, jak ja czułam się wtedy.
Życie jednak bardzo lubi weryfikować nasze deklaracje.
Pewnego dnia siedziałam z koleżanką, która również wychowywała dzieci. Rozmawiałyśmy o codzienności, zmęczeniu i tym, jak bardzo rodzicielstwo różni się od tego, co wyobrażaliśmy sobie wcześniej.
W pewnym momencie powiedziała coś, co wtedy wydało mi się bardzo smutne.
– Wiesz, najgorsze jest to, że czasem słyszę swoją mamę, kiedy mówię do córki.
Przez chwilę nie wiedziałam, o co jej chodzi. Przecież każdy z nas czasem używa podobnych zwrotów. Dopiero kiedy zaczęła opowiadać dalej, zrozumiałam, że nie chodzi o pojedyncze słowa.
Chodziło o coś znacznie głębszego.
O sposób reagowania.
O ton głosu.
O emocje.
O schematy, które wynosimy z domu i które zostają w nas na długo po tym, jak wyprowadzimy się od rodziców.
Wtedy jeszcze nie rozumiałam tego do końca. Wydawało mi się, że przecież jesteśmy dorosłymi ludźmi. Sami podejmujemy decyzje. Sami wybieramy, jakimi będziemy rodzicami.
Dopiero kiedy sama zaczęłam wychowywać dziecko, dotarło do mnie, jak wiele rzeczy robimy automatycznie.
Nie dlatego, że chcemy.
Dlatego, że są nam znajome.
Kiedy jesteśmy dziećmi, uczymy się świata od naszych rodziców. Obserwujemy, jak rozwiązują konflikty, jak okazują miłość, jak radzą sobie ze stresem i jak reagują na błędy. Nawet jeśli nie zgadzamy się z ich zachowaniem, zapisujemy je gdzieś głęboko w sobie.
Przez lata wydaje nam się, że wszystko mamy pod kontrolą. A potem przychodzi zwykły dzień. Jesteśmy zmęczeni po pracy, dziecko po raz kolejny nie słucha, coś się rozlewa, coś spada, ktoś płacze.
I nagle z naszych ust wypływa zdanie, którego nigdy nie chcieliśmy powiedzieć.
Dokładnie takie samo, jakie słyszeliśmy dwadzieścia czy trzydzieści lat wcześniej.
Pamiętam moment, kiedy sama tego doświadczyłam. Powiedziałam coś swojemu dziecku, a po chwili dosłownie zamarłam. Nie dlatego, że były to obraźliwe słowa. Po prostu brzmiały dokładnie tak samo, jak słowa, które kiedyś słyszałam w swoim domu.
To było dziwne uczucie.
Jakby przez chwilę ktoś otworzył stare drzwi i pokazał mi, ile mojego dzieciństwa nadal noszę w sobie.
Najbardziej zaskakujące było jednak to, że nagle spojrzałam inaczej również na swoich rodziców.
Przez wiele lat oceniałam ich błędy wyłącznie z perspektywy dziecka. Dopiero jako rodzic zaczęłam rozumieć, że oni także byli dziećmi swoich rodziców. Oni również wynieśli z domu pewne schematy, przekonania i sposoby reagowania. Być może również obiecywali sobie, że będą inni. Być może również któregoś dnia usłyszeli w swoim głosie własnych rodziców.
Nie dziedziczymy tylko koloru oczu czy charakteru. Czasem dziedziczymy także lęki, reakcje i słowa.
To nie oznacza oczywiście, że mamy usprawiedliwiać wszystko, czego doświadczyliśmy. Ale warto zrozumieć, że wiele rodzinnych historii nie zaczęło się od nas. Często są przekazywane z pokolenia na pokolenie, zupełnie nieświadomie.
Jednym z najtrudniejszych momentów w dorosłym życiu jest odkrycie, że nosimy w sobie więcej cech naszych rodziców, niż chcielibyśmy przyznać. To jednak nie powód do wstydu. To początek zrozumienia, które pozwala świadomie budować własną historię.
Dobra wiadomość jest taka, że możemy ten łańcuch przerwać.
Nie wtedy, kiedy staniemy się idealni, bo tacy rodzice nie istnieją. Możemy to zrobić wtedy, kiedy zaczniemy zauważać własne reakcje. Kiedy po trudnej sytuacji potrafimy usiąść i zastanowić się, dlaczego zareagowaliśmy właśnie w taki sposób.
Kiedy zamiast powtarzać bez końca to, co znamy, zaczynamy świadomie wybierać to, co chcemy przekazać dalej.
Zmiana nie zaczyna się od perfekcji.
Zmiana zaczyna się od świadomości.
Z naszego życia
Pamiętam dzień, w którym po raz pierwszy złapałam się na tym, że powiedziałam do swojego dziecka zdanie, które doskonale znałam z własnego dzieciństwa. Nie było w nim nic złego, ale wystarczyło jedno zdanie, żebym na chwilę się zatrzymała.
Pomyślałam wtedy, że przez lata oceniałam swoich rodziców bardzo surowo. Dopiero kiedy sama znalazłam się na ich miejscu, zaczęłam rozumieć, jak trudno jest wychowywać dzieci, jednocześnie walcząc z własnymi doświadczeniami wyniesionymi z domu.
Warto zapamiętać
To, że wyniosłeś z domu pewne schematy, nie oznacza, że musisz przekazać je swoim dzieciom. Świadomość jest pierwszym krokiem do zmiany. Czasem właśnie od niej zaczyna się nowa historia całej rodziny.
Jak jest u Was?
Złapaliście się kiedyś na tym, że powiedzieliście do dziecka dokładnie to samo, co kiedyś mówili Wasi rodzice? A może są rodzinne schematy, które świadomie staracie się przerwać?